← Powrót

KORESPONDENCI

Według ogólnej teorii Emanuela Swedenborga wszystko we wszechświecie ze sobą koresponduje. A to co nas otacza, to język Boga. Ale któż go odczyta i czy właściwie? Sama myśl  inspirowała wielu, wielu twórców, m.in. Ralfa  Waldo Emersona, Walta Whitmana, myślicieli i ojców poezji amerykańskiej. W Europie Williama Blake, Baudelairea, Oskara Miłosza, Gertrudę Stein i wielu innych. Nie mówiąc o tym, że Swedenborg wpłynął na całe Oświecenie w Europie. Spektakl „Korespondenci” próbuje oddać tę myśl poprzez grę przeciwieństw ( starość-młodość, przeszłość-teraźniejszość, świętość – diabelskość, buntowniczość – niewola i posłuszność, zwierzęcość – człowieczość, etc., w sumie poprzez pewną harmonię ze wskazaniem na określoną postawę moralną we współczesnym świecie.)

 

RECENZJA

KAWA Z ASPARTAMEM CZYLI O CZŁOWIEKU, KTÓRY SIĘ NIE KŁANIAŁ

Marian Bednarek to twórca działający na rybnickiej alternatywnej scenie teatralnej od 1992 roku. W tym czasie zrealizował kilkanaście spektakli teatralnych, a także różnego rodzaju działania parateatralne. Przez jego teatr przewinęły  się tabuny niezwykle uzdolnionych ludzi, którzy aktualnie prężnie działają na scenach offowych. Cechą wspólną każdego ze spektakli „Teatru Sztuki Mariana Bednarka” jak sama  nazwa wskazuje jest to że wszystkie elementy spektaklu są mocno podporządkowane założeniom reżysera i składają się na zestaw fascynujących plastycznie, wspartych o różne dziedziny sztuki,  widowiskowych obrazów-etiud.  Tak jest  również i w przypadku „Korespondentów”, którego premierę mieliśmy okazję zobaczyć 16 kwietnia w „Klubie Energetyka”. Z tą różnica, że aktorzy w nowym dziele uzyskali o wiele większą autonomię, a postaciom pozwolono dojść do głosu.

Sam Marian Bednarek we wstępie poprzedzającym występ wyjaśnił, iż  „Korespondentów” wsparł o ogólną teorię Emanuela Swedenborga, iż wszystko we wszechświecie, oczywiście na głębszym poziomie, ze sobą koresponduje. Całą dekorację stanowi stół, krzesło, maszynka do mielenia mięsa która służy za napęd dziwnej machiny komunikacyjnej, której drugim istotnym elementem jest blaszany nocnik oraz mur, który od czasu do czasu wprawiony jest w gwałtowny ruch. Pierwsza korespondencja spływa na scenę w postaci samolocików zrobionych z papieru po czym naszym oczom ukazuje się męska postać (Lech Cesarz) w wiadrze na głowie, która ma ewidentne problemy z komunikacją i zasięgiem komórki. Protagonista-Nadawca (być może alter-ego Bednarka), będący zarazem Mistrzem Ceremonii napędza całą akcję i z czeluści swojej wyobraźni niczym demiurg wydobywa kolejne sceny, zapełniając przestrzeń coraz dziwniejszymi bohaterami i historiami.  Postać ta bierze na siebie pełną odpowiedzialność za konstrukcję fikcyjnego świata przedstawionego i w finale przychodzi jej ponieść tragiczne tego konsekwencje. Walenie młotkiem w kapcie i wysyłanie w eter listów w nocniku rozpoczyna każdą kolejną scenę i przywołuje całą menażerię postaci, która z tą pocztą postępuje w sobie tylko właściwy sposób. Mamy więc cwaniaczkowatego dresiarza (Leszek Pielorz), który z listu robi skręta, bankierowatego „gołodupca” (Słavek Kubat), który opętany jest obsesją pieniądza, mamy staruszkę (Magdalena Saluk) obwieszoną swoim bagażem życiowym, która jedząc róże przypomina sobie o swojej młodości (scenę cunnilingus pod stołem staram się wymazać z pamięci), mamy też skomlącą, czołgającą się postać (Karolina Kula) w kaftanie bezpieczeństwa, której nawet nie jest dana możliwość bycia odbiorcą. Totalnie zbijały  mnie z tropu interaktywne momenty Cesarza z publicznością, żebranie, łaszenie się czy robienia za klakiera, które odbierały dostojność tej postaci  i sprowadzały do poziomu karykatury, a przecież największą zaletą tego spektaklu są jego opozycje, gdzie po jednej stronie barykady stoi poeta, artysta, wolnomyśliciel, piewca sztuki wysokiej, a po drugiej groteskowi sprzedawczycy i showmani, zwolennicy „chleba i igrzysk”. Co tak dosadnie pokazane jest w scenie, kiedy troglodycki Kubat próbuje zakłócić odbiór szlachetnej muzyki swoim „MUA”. Bardzo kantorowska jest scena szkolna, w której główny bohater powraca przed szkolną tablicę i ponownie zostaje wystawiony na przytyki nauczycielki i szykany kolegów, w której powracają stare lęki i uczucie bezradności i która mają swoje ujście w słowie „GŁUWNO” napisanym kredą na tablicy. W tym momencie znad tablicy wyłania się postać, która przeprowadza  jakże wymowny rytuał założenia maski. Ta sytuacja stanowi kulminację, gdzie w głównym bohaterze następuje przemiana a nadawca traci dystans i sam staje się przekazem. Artysta zostaje spętany i sprowadzony do roli produktu, wbrew sobie uelastyczniony i ubóstwiony. Idol cierpiący zarówno na nadmiar uwielbienia, jak kąśliwości (co jakże prosto podkreśla dźwięk bzyczenia). Cały efekt burzy jedynie infantylna kukiełkowa scena z pszczółkami prowadzącymi dysputy na temat potencjalnego użądlenia.  Wzrok skupiały role Leszka Pielorz i Słavka Kubata. Bezbłędni we wspólnym obrazie rubasznych gastro-rymowanek. Pielorz tworzył zróżnicowane kreacje, fenomenalny w scenie, w której niczym partyjny przywódca wdzięczy się na trybunie. Kubat grał z sobie tylko charakterystyczną manierą, która w jego wypadku została doprowadzona do perfekcji . Dotrzymywała im kroku Magdalena Saluk, która jednak zbyt często ukrywana była za maską niepozwalającą wybrzmieć jej „aktorskiej gębie” do końca. To samo tyczy się Karoliny Kuli, która trzymała poziom w scenach indywidualnych, natomiast całkowicie bledła i gubiła się w scenach zbiorowych. Lech Cesarz natomiast uderzał w naturalne tony, doskonale równoważąc całość. Są w tym spektaklu sceny które zapadają w pamięci: utrzymane w poetyce marzeń sennych potyczki instrumentów, scena pętania i krępowania podczas której padają znamienne słowa „Nie będę się kłaniał…co ?….elastycznym trzeba być…bez właściwości jak bez kości” oraz scena finalna. Rozpływający się w czerwieniach i dymie obraz ukrzyżowanego głównego bohatera wokół którego wiją dwie postaci hipnotyzujące swoim syrenim śpiewem. I właśnie ta ostatnia stanowi teatralny majstersztyk, który zostaje najdłużej w pamięci.

„Korespondenci” są najbardziej osobistym spośród wszystkich poprzednich sztuk Mariana Bednarka. Definiują go jako twórcę, którego sekretem dwudziestoletniej prawie działalności  teatralnej jest wierność swoim wizjom, konsekwencja i upór. Powiedzmy sobie szczerze. Bednarek nie chce być idolem i nie będzie się kłaniał pod publiczkę.

Katarzyna Chwałek, „Zalew Kultury”, nr 58, maj 2011